Parametry aukcji dla OZE nie są optymalnie dobierane. URE: To niewykorzystana szansa

psav zdjęcie główneNa czwartkowym posiedzeniu Parlamentarnych Zespołów: Energii Odnawialnej i ds. „pakietu zimowego” Urząd przedstawił swoją ocenę funkcjonowania systemu aukcyjnego dla odnawialnych źródeł energii. Aukcje dla OZE odbyły się w latach 2016, 2017 i 2018. W aukcyjnym systemie wsparcia dla OZE technologie – wiatraki, fotowoltaika, biogazownie, spalanie biomasy, hydroelektrownie itp. są grupowane w koszyki, oddzielne dla źródeł istniejących i planowanych, a czasami osobne dla małych i dużych instalacji. Dla każdego koszyka Minister Energii ustala w rozporządzeniu wolumen energii i jego wartość. Z wartości wynika maksymalna cena, którą w trakcie aukcji oferenci przebijają w dół. Wygrywają najniższe oferty, mieszczące się w oferowanym wolumenie. Zwycięzcy dostają 15-letnią gwarancję sprzedaży po zaoferowanej cenie.
Według URE, koszyki dla poszczególnych technologii nie są prawidłowo adresowane, są takie, gdzie od razu wiadomo było, że nie pojawią się żadne oferty, a zarezerwowano dla nich znaczące wolumeny energii oraz kwoty sprzedaży. Dodatkowo, system nie jest atrakcyjny dla istniejących źródeł; w latach 2016-2017 sprzedano tylko jedną trzecią energii za 28 proc. zarezerwowanych środków. Tymczasem dla nowych instalacji wskaźniki te wynosiły odpowiednio 99 proc. i 79 proc. Jak mówiła Dyrektor Departamentu Źródeł Odnawialnych w URE Katarzyna Szwed-Lipińska, system stał się „niewykorzystaną szansą” na stworzenie w przyszłości miksu energetycznego optymalnego kosztowo dla odbiorcy końcowego.
Prezes URE Maciej Bando podkreślał, że Urząd przeprowadza aukcje tak, jak przewiduje polityka rządu i to rząd – tak, a nie inaczej – skonstruował koszyki. Jak mówił, wyglądało to jakby „wypisano z książki jakieś technologie, jakieś wolumeny energii i ceny. Bez łączności z zainteresowanymi, bez rozeznania ile i czego jest na rynku”.
Odnosząc się do wyników pomyślnie rozstrzygniętych aukcji Bando podkreślił, że startowały w nich profesjonalne przedsiębiorstwa, a „ceny zaoferowane, i to te z niższego przedziału, na podstawie znajomości oferentów świadczą o tym, że nie są to ceny przypadkowe”.
W ocenie prezesa URE, niecałe 200 zł za MWh, średnia cena z aukcji dla lądowych wiatraków „nie jest przypadkowa”. Jak mówił Bando, jeżeli wziąć pod uwagę czas pracy wiatraków plus koszty wynikające z tego, że wiatraki nie zawsze dostarczają energię, to cena energii z OZE zbliża się do cen z energetyki konwencjonalnej.
„Jeszcze jej nie osiąga, ale za dwa lata osiągnie. To jest moment przełomowy. Jesteśmy w stanie powiedzieć, że będzie to za dwa lata. To powinno przyświecać tym, którzy kształtują prawo” – mówił Bando.
Dyrektor Szwed-Lipińska podkreślała, że część aukcji z 2018 r. nie została skutecznie rozstrzygnięta ze względu na brak ofert, przy czym wiadomo było, że odpowiednich instalacji w ogóle nie ma. Z kolei inne źródła „wolały wykorzystać” istniejący system taryf gwarantowanych zamiast ryzykować start w aukcji – wskazywała dyrektor. Podkreśliła, że np. energia warta 2 mld zł znalazła się w koszyku, co do którego wiadomo było, że nikogo nie dotyczy.
W ocenie URE ostra konkurencja panowała za to w koszykach dla nowych wiatraków i instalacji PV o mocy powyżej 1 MW. Sprzedano w nich 93 proc. oferowanej energii za 52 proc. zakładanej wartości. „Sprzedaliśmy niemal wszystko za bardzo nieduże pieniądze. Widać że rynek na tą aukcję czekał z dużym zainteresowaniem” – zaznaczyła Katarzyna Szwed-Lipińska. Interesująca była też aukcja dla małych wiatraków i źródeł PV, gdzie sprzedano 51 proc. energii za 46 proc. zakładanej wartości.
Według URE, małe elektrownie wodne i małe biogazownie nie interesowały się aukcjami, ponieważ z systemem aukcyjnym skutecznie konkurował wprowadzony równolegle system taryf gwarantowanych. Instalacje te albo wolały w nim zostać, albo – jak w przypadku biogazowni – oferowały bardzo wysokie ceny.
„Ubolewamy nad tym, że najwyższy wolumen – 57 TWh i blisko 20 mld zł – przeznaczono dla aukcji, w której zwyciężyła tylko jedna oferta. Wydaje się, że te środki i wolumen można było ulokować inaczej” – oceniła dyrektor Szwed-Lipińska.